Feeds:
Komentarze

Nowa strona

Bardzo dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zarówno nowe informacje, jak i te wcześniejsze mogą Państwo przeczytać na nowej stronie: Dwujęzyczność.info

W tym:

Ciekawy wywiad z Antonellą Sorace, profesorem językoznawstwa na uniwersytecie w Edynburgu;

tekst o tym, dlaczego powinniśmy uważać z testami na inteligencję

a także tekst o tym, dlaczego dwujęzyczne niemowlęta szybciej się nudzą i dlaczego to dobra wróżba na przyszłość

oraz wiele nowych tekstów, które będą się systematycznie ukazywały na nowej stronie : http://dwujezycznosc.info/

Zapraszamy również do polubienia naszego profilu na facebooku

Szwedzcy naukowcy mieli okazję, aby przyjrzeć się temu, jakie zmiany zachodzą mózgu w czasie krótkotrwałej, ale bardzo intensywnej nauki języków.

Image courtesy of smokedsalmon at FreeDigitalPhotos.net

Image courtesy of smokedsalmon at FreeDigitalPhotos.net

Metody takie, jak obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego czy badanie elektrofizjologiczne są obecnie używane nie tylko przy diagnozie medycznej złamań kości czy pracy serca. Stosuje się je coraz częściej, aby odpowiedzieć na pytania, co dzieje się w naszym mózgu, kiedy słyszymy, rozumiemy i mówimy w drugim języku. Używając tych właśnie metod szwedzcy naukowcy, pod kierunkiem Johana Mårtenssona z uniwersytetu w Lund odkryli, że nauka drugiego języka może wpłynąć na rozmiar mózgu osób uczących się.

Badanie szwedzkiego zespołu jest jednym z wielu, których celem jest lepsze zrozumienie korzyści z uczenia się języków. Zostało ono przeprowadzone w Uppsali w wojskowym centrum kształcenia tłumaczy należącym do akademii wywiadu wojskowego (TolkS). Wzięli w nim udział młodzi, utalentowani językowo wojskowi, uczący się intensywnie (od rana do wieczora przez siedem dni w tygodniu) od podstaw języków: rosyjskiego, arabskiego i Dari (dialekt języka perskiego). Grupę kontrolną stanowili studenci medycyny i kognitywistyki, którzy również uczyli się intensywnie w czasie, gdy prowadzone były testy, jednak to nie języki obce były przedmiotem ich studiów.

Obie grupy zostały poddane badaniu neuroobrazowania mózgu zarówno przed, jak i po trzymiesięcznym okresie wytężonej pracy. Okazało się, że u osób, uczących się języka, powiększyła się objętość pewnych struktur mózgowych, efektu takiego nie zaobserwowano w grupie kontrolnej. Co ciekawe, zaobserwowano zróżnicowanie w rodzaju struktur mózgowych, które uległy zwiększeniu, w zależności od indywidualnych zdolności językowych i ilości wysiłku włożonego w uczenie się. U osób najbardziej uzdolnionych językowo, zwiększyła się objętość hipokampa (struktura odpowiedzialna między innymi za pamięć) oraz obszary kory mózgowej związane z nauką języka, natomiast u osób, które musiały włożyć więcej pracy w naukę języka, najbardziej powiększyły się obszary kory motorycznej.

Mimo iż nie jest jeszcze do końca jasne, co zmiany w mózgu po trzech miesiącach intensywnej nauki języka mogą oznaczać w dłuższej perspektywie, to autorzy badania słusznie zauważają, że nauka języków to dobry sposób na utrzymywanie naszego mózgu w formie – uważa Johan Mårtensson.

Joanna Kołak

Źródło: http://www.alphagalileo.org/ViewItem.aspx?ItemId=124679&CultureCode=en

 

Wynagrodzenia całkowite osób, które znają wybrane języki obce w stopniu 
bardzo dobrym, były wyższe niż ogólna mediana dla Polski wynosząca w 2013 r. 4050 zł – pisze Rzeczpospolita na postawie raportu przygotowanego przez firmę doradczą Sedlak&Sedlak.

rzeczpospolita_logo_2013Najwięcej zarabiały osoby mówiące biegle po angielsku. Miesięczna płaca połowy 
z nich to przynajmniej 5670 zł. Tylko nieznacznie słabiej były wynagradzane osoby deklarujące bardzo dobrą znajomość języka francuskiego. Połowa z nich zarabiała więcej niż 5645 zł brutto. Na zarobki powyżej 5500 zł mogła też liczyć połowa pracowników znających bardzo dobrze język niemiecki.

 

Więcej w Rzeczpospolitej

Czy liczba języków, którymi się posługujemy na co dzień, może mieć związek ze sprawnością naszej pamięci? Są przesłanki, by twierdzić, że tak – ludziom, mówiącym więcej niż dwoma językami, w mniejszym stopniu zagrażają na starość problemy z pamięcią.

Image courtesy of Nutdanai Apikhomboonwaroot / FreeDigitalPhotos.net

Image courtesy of Nutdanai Apikhomboonwaroot / FreeDigitalPhotos.net

Kilkakrotnie już na tych łamach pisaliśmy, że badania naukowe wskazują, iż dwujęzyczność może opóźniać pojawienie się syndromów demencji starczej. Naukowcy z Centrum Studiów nad Zdrowiem w Luksemburgu (Centre de Recherche Public de la Santé) postanowili sprawdzić, czy dwujęzyczność (i wielojęzyczność), ma również wpływ na pojawianie się innych deficytów poznawczych, niebędących w sensie medycznym demencją starczą.

W tym celu przebadali 232 osoby – zarówno kobiety, jak i mężczyzn (średnia wieku wynosiła 73 lata) – które przynajmniej przez pewien czas w ciągu swojego życia używały na co dzień dwóch lub więcej języków (rekordziści używali aż siedmiu). Rekrutując uczestników badania Perquin i jej współpracownicy zwracali uwagę na liczbę języków, którymi się oni posługiwali, w jakim momencie swojego życia rozpoczęli naukę tych języków, a także jak długo ich używali. U 44 osób (19 proc.) spośród badanych stwierdzono problemy poznawcze

Wyniki badań pokazały, że osoby, które posługiwały się więcej, niż dwoma językami, rzadziej borykały się z problemami poznawczymi, niż osoby dwujęzyczne – w tym osoby trójjęzyczne aż trzykrotnie rzadziej doświadczały deficytów poznawczych, niż osoby dwujęzyczne. Warto dodać, że Perquin i jej współpracownicy podkreślają, że podobny jak dwujęzyczność (ochronny) wpływ na funkcjonowanie poznawcze, może mieć wykonywanie innych stymulujących poznawczo zadań.

Mimo że wyniki badań przeprowadzonych przez zespół z Luksemburga wydają się bardzo optymistyczne, należy podchodzić do nich z rezerwą. Konieczne jest bowiem przeprowadzenie większej liczby badań, które potwierdzą najnowsze doniesienia i pozwolą określić, czy „ochrona poznawcza” u dwujęzycznych rzeczywiście ma aż tak szeroki zakres.

Wyniki badania Perquin i współpracowników sugerują, że im więcej języków znamy, tym większą sprawnością może się cieszyć nasz umysł – a sprawność umysłu oznacza między innymi lepszą pamięć. Co ciekawe, wyniki badań, przeprowadzonych w Indiach przez Suvarnę Alladiego (o których pisaliśmy już wcześniej), wskazujące, że dwujęzyczność może opóźniać pojawienie się demencji, nie ujawniały żadnych dodatkowych korzyści dla osób, znających więcej niż dwa języki. Prawdopodobnie zależność między liczbą języków, używanych przez osobę wielojęzyczną, a sprawnością jej umysłu, także wymaga dalszych weryfikacji.

źródła: http://www.readcube.com/articles/10.1371/journal.pone.0062030

Joanna Kołak

Związek między liczbą języków używanych w kraju przyjmującym imigrantów, a jego gospodarką na pierwszy rzut oka może nie być oczywisty. Tymczasem, jak wynika z niedawno opublikowanych badań przez Orhana Agirdaga w The International Journal of Bilingualism (IJB), to czy drugie pokolenie imigrantów zna język dziedzictwa, nie jest obojętne dla gospodarki.

Image courtesy of photostock / FreeDigitalPhotos.net

Image courtesy of photostock / FreeDigitalPhotos.net

Polityka „językowa” w krajach przyjmujących imigrantów, jeśli w ogóle istnieje, to skupia się głównie na tym, aby osoby przybywające do danego kraju nauczyły się jak najszybciej języka większości i często (przynajmniej do niedawna)… aby jak najszybciej zapomniały swój język dziedzictwa. Rzadko słyszy się o odgórnych działaniach, które miałyby na celu zachęcenie imigrantów do podtrzymywania znajomości języka dziedzictwa i przekazywania jej dzieciom. Zazwyczaj to rodzice muszą wziąć na siebie całą odpowiedzialność za zapewnienie dziecku wychowania dwujęzycznego.

Badania podłużne
Tymczasem Orhan Agirdag z Uniwersytetu w Gandawie przeanalizował wysokość zarobków drugiego pokolenia migrantów w Stanach Zjednoczonych. Oparł się na danych z dwóch szeroko zakrojonych badań podłużnych (czyli takich, które powtarzane są co pewien czas na tej samej grupie badanych), przeprowadzonych pomiędzy rokiem 1988 i 2003. Brał pod uwagę biegłość w obydwu językach oraz zarobki ponad trzech i pół tysiąca osób, których przynajmniej jeden rodzic był imigrantem lub które przyjechały do Stanów Zjednoczonych, kiedy były dziećmi. We wczesnych latach 2000, osoby te były dwudziestoparolatkami.

Na podstawie samoopisu uczestników, Agirdag wyróżnił trzy grupy: osoby dwujęzyczne, w równym stopniu biegłe w obydwu językach; osoby dwujęzyczne, które nie władają biegle ani w jednym, ani w drugim języku; a także osoby władające biegle językiem angielskim, które jednak nie opanowały na poziomie zaawansowanym języka dziedzictwa (lub nie znały go prawie w ogóle)

Jak można się domyślać, trzecia z tych grup była najliczniejsza i należała do niej mniej więcej połowa uczestników badania – jest to wynik modelu szkolnego w USA. Jednak, jak pokazały wyniki analiz, to osoby o wysokim poziomie dwujęzyczności zarabiały najwięcej (średnio o trzy tysiące dolarów rocznie więcej, niż pozostałe grupy). Należy dodać, że autorzy badania poddali kontroli inne czynniki, które mogły mieć wpływ na wysokość zarobków, takie jak płeć, status społeczno-ekonomiczny, osiągnięcia szkolne, tak aby można było wykluczyć ich wpływ. Co interesujące, przy kontroli tych czynników okazało się, że imigranci o dominującym języku angielskim i osoby, które nie rozwinęły wysokiej biegłości w żadnym z języków, statystycznie zarabiały tyle samo.

Dwa rynki pracy
Zdaniem Ingrid Piller, profesor lingwistyki stosowanej na Uniwersytecie Macquarie w Australii, jednym z powodów, dla których dwujęzyczność może przynosić korzyści, jest fakt, że osoby dwujęzyczne mogą działać na dwóch rynkach pracy – zarówno w kraju zamieszkania, jak i tym, związanym z ich pierwszym językiem i krajem pochodzenia rodziców. Profesor Piller uważa też, że korzyści zawodowe, wynikające z dwujęzyczności, w przyszłości będą jeszcze większe – światowa gospodarka staje się coraz bardziej globalna i „skomunikowana” (między krajami nawiązywane są wciąż nowe kontakty ekonomiczne), biegłość w więcej niż jednym języku będzie coraz bardziej ceniona na rynku pracy.

Niewykluczone też, że osoby o wysokim poziomie dwujęzyczności zarabiały więcej też i z innych powodów. Jak już od pewnego czasu wiadomo, dwujęzyczność niesie ze sobą także wiele korzyści poznawczych takich jak np. sprawniejsze myślenie dywergencyjne czy bardziej rozwinięta uwaga selektywna. Miejmy nadzieję, że już wkrótce doczekamy się badań, które pozwolą oszacować jak przekładają się one na sukces zawodowy.

Zubażanie społeczeństwa
Dotychczas wiedzieliśmy, że narzucanie dzieciom imigrantów jednojęzyczności, zmuszanie ich jedynie do nauki języka większości, to odbieranie im potencjalnych korzyści edukacyjnych, poznawczych i psycho-społecznych. Jednak dzięki badaniu Agirdag’a, wiemy też, że w ten sposób pozbawia się ich potencjalnych korzyści ekonomicznych, a przy okazji zubaża się społeczeństwo, w którym żyją.

Dla polityków, planujących budżet państwa te niemożliwe do oszacowania korzyści nie wydają się niestety przekonujące. A może nadszedł czas, aby przedstawiciele mniejszości narodowych, w tym organizacji polskich w krajach takich jak USA, Wielka Brytania czy Irlandia, uświadomili politykom, że wspieranie nauczania języków mniejszości, leży w ich dobrze pojętym interesie?

Joanna Kołak

Źródło: http://www.languageonthemove.com/language-migration-social-justice/monolingualism-is-bad-for-the-economy

Wielu rodziców wychowujących dwujęzyczne dzieci, uważa, że wystarczy posadzić je przed telewizorem i że ich pociechy będą chłonąć język, którym posługują się postacie na ekranie. Wydawać by się mogło, że dzieci w tym czasie mają zapewniony kontakt z językiem, uczą się nowych wyrażeń poprzez wychwytywanie ich z dialogów bohaterów ulubionej bajki. Ale czy aby na pewno telewizja ma taki wpływ na rozwój słownictwa u małych dzieci?

Image courtesy of imagerymajestic / FreeDigitalPhotos.net

Image courtesy of imagerymajestic / FreeDigitalPhotos.net

Okazuje się, że zupełnie nie. Niezbędnym czynnikiem w poszerzaniu słownictwa u dzieci są interakcje, rozmowy „na żywo”, a w szczególności wypowiedzi, skierowane bezpośrednio do nich. Amerykańscy badacze, Betty Hart i Todd Risley przez ponad dekadę analizowali rozmowy rodziców z dziećmi w wieku od siedmiu miesięcy do trzech lat. Co miesiąc podsumowywali słownictwo dzieci, pochodzących z kilkudziesięciu rodzin. Zauważyli, że w ich wypowiedziach pojawiały się jedynie te słowa, które wcześniej zostały użyte przez rodziców. Natomiast te, które dzieci mogły usłyszeć w telewizji, bądź w czasie słuchania nagrań audio, nie wzbogacały w ogóle ich słownictwa.

O tym, że oglądanie telewizji w niewielki sposób wpływa na rozwój mowy u dzieci, przekonuje też Daniel Anderson, psycholog z Uniwersytetu w Massachusetts, który od ponad trzydziestu lat bada tę kwestię. Zauważył on, że dzieci wzbogacają swoje słownictwo w znacznie większym stopniu, gdy kontakt z językiem następuje „na żywo”, niż wtedy, gdy dzieje się to za pośrednictwem telewizji. Jest tak, ponieważ zwracając się bezpośrednio do dziecka, zachęcamy je do reakcji, do ćwiczenia nowych słów, wyrażeń – również tych, które usłyszało od nas przed chwilą. Telewizja nie daje takiej możliwości; stawia dziecko w roli biernego odbiorcy, nie pozwala mu na postawienie siebie w roli rozmówcy. Rozmowy, usłyszane przez dziecko przypadkowo (czyli np. te w filmach animowanych), nie mają znaczenia dla rozwoju mowy na wczesnym etapie, czyli u dzieci poniżej drugiego roku życia. Anderson przestrzega też, że telewizor, nawet jeśli jedynie włączony w tle, redukuje o 20% interakcje między rodzicami a dziećmi.

Dowodów na to, że telewizja – z pozoru niewinnie włączona jedynie „w tle” – znacznie zubaża ilość mowy, kierowanej przez rodzica do dziecka, dostarczają także wyniki badania, przeprowadzonego niedawno przez Tiffany A. Pempek, badaczkę z Hollins University w USA. W badaniu, opublikowanym w Journal on Children and Media, zaobserwowała ona interakcje rodziców i ich dzieci w wieku 12, 24 i 36 miesięcy podczas godzinnej zabawy. Połowie czasu zabawy towarzyszył włączony telewizor. Programy, które były w tym czasie prezentowane w telewizji, były przeznaczone dla dorosłych lub dla starszych dzieci. Okazało się, że kiedy w tle włączona była telewizja, ilość słów i wyrażeń, w tym nowych słów wypowiadanych przez rodziców do dzieci była niższa, niż wtedy, kiedy telewizor był wyłączony.

Zdaniem Pempek, wyniki badań kierowanego przez nią zespołu oraz wnioski z wcześniejszych badań, sugerujące negatywny wpływ telewizji „w tle” na jakość zabawy dziecka oraz na interakcję między dzieckiem a rodzicem, są dowodem na to, że powinniśmy zdecydowanie unikać zostawiania włączonego telewizora podczas codziennych czynności, jeśli znajduje się on w zasięgu słuchu (i wzroku) małych dzieci. Nie chodzi o to, aby rodzice bawili się ze swoimi pociechami przez cały dzień, należy jednak pamiętać o tym, że małe dzieci, uczące się mówić, czerpią duże korzyści pod względem językowym, kiedy rodzice angażują się w zabawę z nimi. Pod warunkiem oczywiście, że w czasie zabawy telewizja będzie wyłączona.

„Utuczone mózgi”
Ciekawych obserwacji na temat oglądania telewizji przez dzieci dostarcza artykuł opublikowany w czasopiśmie naukowym Cerebral Cortex. Okazuje się, że oglądanie telewizji przez dzieci może mieć też poważniejsze konsekwencje dla ich rozwoju. W badaniu z udziałem dzieci w wieku od pięciu do osiemnastu lat, autorzy analizują związek między czasem oglądania przez dzieci telewizji, a zmianami w niektórych częściach ich mózgów. Obrazowanie mózgów wykazało, że u dzieci, które oglądały telewizję przez kilka godzin dziennie, przednie i boczne obszary mózgu były większe, niż u tych, które oglądały telewizję rzadziej. Większa objętość mózgu w przypadku dzieci niekoniecznie musi oznaczać coś korzystnego – w przypadku dzieci ze wspomnianego wyżej badania, wiązała się ona z niższą inteligencją werbalną. Współautor badania, Hikaru Takeuchi z Uniwersytetu Tohoku w Japonii sugeruje, że te obszary mózgu, które u dzieci oglądających dużo telewizji, były powiększone, aby działać bardziej efektywnie, powinny być redukowane w okresie dzieciństwa. Należy jednak zachować ostrożność w interpretowaniu tych wyników i mieć na uwadze, że badanie to nie przedstawia prostej zależności przyczynowo-skutkowej, a jedynie mówi o współwystępowaniu skłonności do częstego oglądania telewizji i nadmiernego przyrostu istoty szarej w dziecięcych mózgach. Nie jest pewne, że to telewizja sama w sobie powoduje te zmiany – czynniki poboczne mogą tu bowiem odgrywać ważną rolę. Badani, u których zauważono nienaturalny przyrost objętości istoty szarej, spędzali przed ekranem około czterech godzin dziennie. Można zatem przypuszczać, że nie zostawało im na co dzień wystarczająco dużo czasu na inne aktywności, takie jak uprawianie sportu, granie na instrumencie czy zabawy z rówieśnikami. Być może to właśnie brak innych aktywności miał wpływ na obserwowane w ich mózgach zmiany.

Czytać – ale jak?
Wiemy, że telewizja we wczesnym wieku nie jest dobrą inwestycją w zasób słownictwa naszego dziecka. Warto za to inwestować w czytanie dziecku książek – bajek i opowiadań. Może się to wydawać oczywiste i nie wymagające dyskusji. Natomiast żeby inwestycja ta była najbardziej korzystna, ważne jest nie tyle to, że czytamy, ale też to, w jaki sposób to robimy.

Istotne jest, aby czytanie nie było jedynie jednostronnym przekazem rodzica do słuchającego posłusznie i w ciszy dziecka. Przeciwnie – powinno być okazją do swobodnej rozmowy, w którą angażują się i którą kierują zarówno rodzic, jak i dziecko. Czytana opowieść ma być jedynie punktem wyjścia, inspiracją do dialogu i sposobem na naturalne przekazanie dziecku płynności językowej.

Elaine Reese, naukowiec z Nowej Zelandii i ekspert w dziedzinie rozwoju dziecka, radzi rodzicom, jak najefektywniej wykorzystać czas, przeznaczony na wspólne czytanie. Zachęca, żeby zrezygnować z czytania całego tekstu na stronie. Jest to ważne o tyle, że możliwości uwagowe małego dziecka nie są jeszcze w stanie pozwolić mu na skupienie się przez dłuższy czas na jednej czynności. Zamiast tego warto zadawać wiele pytań (i to nie tylko takich, na które dziecko może odpowiedzieć jedynie „tak” lub „nie”). Zapytajmy więc dziecko, dlaczego niedźwiadek zjadł cały miodek, albo dlaczego koźlątko pobiegło nad rzekę. Reese podpowiada, aby rodzic był cierpliwy, czekając na odpowiedź dziecka – bywa, że potrzebuje ono więcej czasu na sformułowanie wypowiedzi, niż nam się wydaje. Gdy sprawia to dziecku trudność, możemy spróbować podpowiedzi lub na zachętę zadać łatwiejsze pytanie („A co koźlątko ma na głowie, o tutaj?”). Odpowiedź dziecka powinniśmy zawsze potwierdzać i nagradzać („Dokładnie tak! Koźlątko pobiegło nad rzekę, żeby znaleźć swoją mamę.”). Możemy też zachęcić dziecko do dłuższej wypowiedzi, zadając mu dodatkowe pytania, np. „A jak myślisz, co zrobi koźlątko, jak już odnajdzie swoją mamę?”. Taki dialog stwarza nam też okazję do poprawiania błędów, które zdarzają się w dziecięcych wypowiedziach. Pamiętajmy jednak, aby robić to dyskretnie, tak, żeby nie zniechęcić dziecka, stwarzając okazję, aby dziecko usłyszało daną konstrukcję lub słowo użyte w sposób poprawny. Przykładowo:
Dziecko: „I on wtedy pobiegnął! I tam była mama!”.
Rodzic: „Acha! Czyli koźlątko wtedy pobiegło! A dokąd pobiegło koźlątko?”.

Opowiedziane od końca
Nie oponujmy, jeśli dziecko chce przeglądać strony i obrazki w kolejności odwrotnej do wydarzeń z historyjki. Im więcej inicjatywy z jego strony, tym większą będzie miało radość z chwil spędzonych z rodzicem nad historyjką. Pozwólmy mu tworzyć swoją własną narrację, której bohaterami będą już teraz nie tylko koźlątko i jego mama, ale też my. Warto też wracać do przeczytanych historii. Któregoś popołudnia, podczas spaceru nad rzeką, możemy przypomnieć dziecku: „A pamiętasz bajkę o koźlątku? Przypomnisz mi, co tam się wydarzyło?”. Będzie to świetną okazją do ponownego przećwiczenia słów, których dziecko nauczyło się wcześniej, czynnie uczestnicząc w przygodzie koźlątka i jego mamy któregoś wieczoru przed snem.

Jak widać, wspólne czytanie daje nam wiele możliwości do pracy nad słownictwem dziecka i to zarówno tego jedno- jak i dwujęzycznego. Musi być jednak spełniony jeden warunek – dzieci będą musiały być prowadzone w sposób aktywny i angażujący uwagę dziecka.

Joanna Kołak

Żródła:
https://www.sciencenews.org/ ;
Barbara Zurer Pearson, Jak wychować dziecko dwujęzyczne, Media Rodzina, 2013.;
Tiffany A. Pempek, Heather L. Kirkorian, Daniel R. Anderson. The Effects of Background Television on The Quantity and Quality of Child-directed Speech by Parents. Journal of Children and Media, 2014; DOI:10.1080/17482798.2014.920715

 

Eva Hoffman amerykańska pisarka, która urodziła się i wychowała w Polsce, a jako nastolatka wyemigrowała za ocean, opisuje w swoich wspomnieniach pt. „Zagubione w przekładzie” rozterki, jakie przeżywała podejmując decyzję czy ma wyjść za mąż czy też nie. Dwujęzyczna autorka ku swojemu zaskoczeniu stwierdziła, że gdy rozważała plusy i minusy zamążpójścia po angielsku sama sobie dawała inną odpowiedź niż wtedy, gdy czyniła to po polsku. Dla psychologów nie ma w tym nic niezwykłego, u Hoffman prawdopodobnie zadziałał Efekt języka obcego (the Foreign Language Effect).

Foreign-Language-EffectBoaz Keysar, Sayuri Hayakawa and Sun Gyu An, badacze z uniwersytetu chicagowskiego postawili sobie za cel zbadanie, czy język w jakim zostanie nam przedstawiony wybór będzie miał wpływ na podjętą przez nas decyzję. Okazuje się, że jak najbardziej. Gdy problem zostaje przedstawiony nam w języku, który nie jest naszym językiem rodzimym, skłonni jesteśmy rozpatrywać go w większym stopniu „na zimno” i myśleć o nim w sposób bardziej racjonalny – wynika z artykułu opublikowanego w czasopiśmie naukowym Psychological Science i dostępnego na stronie University of Chicago.

Aby dojść do tego wniosku badacze zastosowali tzw. zadanie badawcze określane jako Paradygmat Choroby Azjatyckiej. Jest to jedna z najczęściej stosowanych metod do badania wpływu kontekstu na zachowanie ludzi, wymyślona przez dwóch izraelskich laureatów nagrody Nobla z ekonomii: Daniela Kahnemanna i Amosa Tversky’ego. Polega on na przedstawieniu dwóm grupom badanych wyboru co do sposobu postępowania w obliczu groźnej epidemii. Każda z grup musi podjąć decyzję, jakie lekarstwo ma być użyte na podstawie innego opisu. Pierwszy został sporządzony w odniesieniu do liczby osób, które umrą w wyniku choroby czyli „strat”:

Jeśli zastosujemy lekarstwo A, umrze 400 tys. osób, jeśli natomiast zastosujemy lekarstwo B, istnieje 33,3 proc. szans, że nie umrze nikt i 66,6 proc. szans, że umrze 600 tys. osób.

Natomiast druga – w odniesieniu do osób, które zostaną uratowane, czyli „korzyści”:

Jeśli zastosujemy lekarstwo A, 200 tys. osób zostanie uratowanych, jeśli natomiast zastosujemy lekarstwo B, istnieje 33,3 proc. szans, że 600 tys. zostanie uratowanych i 66,6 proc. szans, że nie uda się uratować nikogo.

Pomimo że w obu przypadkach liczba pewnych ofiar śmiertelnych będzie identyczna, większość osób rozwiązujących „Paradygmat Choroby Azjatyckiej” kieruje się „awersją do straty” czyli wybiera mniej ryzykowną opcję (lekarstwo A) wówczas, gdy zapoznają się z nią w kontekście korzyści (opis nr 1); gdy natomiast problem przedstawiony jest w kontekście strat (opis nr 2), większość wybiera opcję bardziej ryzykowną (lekarstwo B).

Uczestnikami badania przeprowadzonego przez Keysara i jego współpracowników były trzy grupy studentów. Pierwsza grupa składała się z 121 osób, dla których angielski był językiem ojczystym, i które uczyły się języka japońskiego od średnio trzech lat. Do drugiej grupy należało 144 Koreańczyków, którzy uczyli się angielskiego średnio od sześciu lat. Trzecia grupa natomiast składała się ze 103 osób z rodzimą znajomością angielskiego studiujących w Paryżu, którzy uczyli się francuskiego w szkole przez średnio sześć lat. Uczestnicy badania zostali w sposób losowy zakwalifikowani do grup, które zapoznały się z problemem w swoim języku ojczystym lub języku, który znali, ale który nie był ich językiem ojczystym. Los decydował także którą z wersji zadania otrzymali – tę podkreślającą możliwe korzyści i straty.

Wyniki badania w sposób wyraźny pokazały, że osoby odpowiadające w swoim języku ojczystym kierowały się „awersją do straty”. Natomiast, ci, którzy rozwiązywali zadanie w nierodzimym dla siebie języku, wybierali mniej więcej równie często wersję mniej i bardziej ryzykowną, a tym samym w ich przypadku „awersja do straty” nie grała roli.

Autorzy eksperymentu sugerują, że zapoznając się z problemem w języku dla nas nierodzimym powoduje zwiększenie psychologicznego dystansu i zmusza do bardziej gruntownego przemyślenia jego istoty. Nie oznacza to, że język, którym w danym momencie się posługujemy zwiększa lub zmniejsza nasze zamiłowanie do ryzyka, ale raczej, że nasza decyzja jest w większym stopniu zależna od jej „kontekstu” gdy problem został nam zaprezentowany w naszym ojczystym języku. Tym samym, nasze emocje grają mniejszą rolę gdy używamy języka obcego, jesteśmy w stanie myśleć bardziej „na zimno”, w sposób obiektywny i logiczny.

Badanie Keysara zostało powtórzone i nieco poszerzone przez hiszpańskiego badacza Alberta Costę i jego zespół. Naukowców z Barcelony próbowali się dowiedzieć, czy Efekt obcego języka pojawia się również w innych sytuacjach, tych mniej związanych z emocjami. Zdaniem Costy, Efekt języka obcego odnosi się tylko do sytuacji, w których główną przesłanką w podejmowaniu decyzji są emocje. Gdy rozwiązywane problemy są w mniejszym stopniu nasycone emocjami Efekt języka obcego znika, co oznacza, że efekt ten jest przynajmniej w pewnym stopniu związany z emocjami wywołanymi sytuacją oraz mniejszemu emocjonalnemu rezonansowi, jakiemu ulega język nierodzimy.

Istnienie Efektu drugiego języka wyczuła intuicyjnie nie tylko Eva Hoffman, ale także np. Nelson Mandela, wieloletni bojownik przeciwko apartheidowi w RPA, a później prezydent tego kraju. Do negocjacji na temat zniesienia apartheidu z Willemem de Klerkiem, swoim poprzednikiem na stanowisku prezydenta RPA, wybrał język afrikaans, który był jezykiem ojczystym de Klerka, a nie Mandeli. Zapytany przez zdziwionych współpracowników, miał odpowiedzieć: – Jeśli się mówi do kogoś w języku, który ten ktoś rozumie, argumenty trafiają do rozumu, a jeśli się mówi w jego ojczystym języku, te same argumenty trafiają do serca.

Źródło: http://mappingignorance.org